Corso: Wiesz, że ja spaghetti z klopsikami zjadłem dopiero po trzydziestce?
PigOut: Ja dokładnie tak samo, stary! Po trzydziestce pierwszy raz spróbowałem spaghetti z klopsikami, które chciałem zjeść, od kiedy zobaczyłem Zakochanego kundla na VHS-sie. Nawet Internet Explorer nie jest tak do tyłu.
Corso: I co? Wróciły wspomnienia?
PigOut: Wiadomix. Co prawda nie było to takie wspaniałe doznanie, jak to sobie wizualizowałem w głowie, i chyba wolę standardową wersję, gdzie proporcja mięcho - makaron - sos zdecydowanie lepiej się rozkłada i nie masz wrażenia, że robisz puste przeloty z samym makaronem, ale ten pierwszy moment, kiedy talerz wylądował na stole, miałem takie: O kurła, to się dzieje! Zaraz zjem danie, które śniło mi się po nocach przez dwie dekady. A do tego obraz siebie, oglądającego tę animację. A wracając do tematu kaset - kasety to była poważna sprawa. Jak już miałeś jakąś, to ją szanowałeś.
Corso: No właśnie! I ja raz popełniłem największy grzech - nagrałem film z Polsatu na oryginalne 101 dalmatyńczyków. To był dramat. Jako dziecko byłem przerażony, że mama się dowie i zostanę zmasakrowany. Przepłakałem kilka wieczorów.
PigOut: I wyszło?
Corso: Tak, przyznałem się po czasie. A moja matka, zamiast mnie ochrzanić za samo nagranie, ochrzaniła mnie za to, że tak bardzo to przeżywam! Myślała, że płaczę przez ojca alkoholika, a ja opłakiwałem animowane psy. Powiedziała, że życie jest wystarczająco okrutne, żeby przejmować się jakimś filmem.
PigOut: Kurde, mądra myśl. Pożyczę i będę udawał, że sam na to wpadłem. Ale jeszcze jedno pytanie, bo mi ten Zakochany kundel nie da spokoju. Czy byłeś kiedyś tak zakochany, żeby przeturlać ostatni klopsik spaghetti na stronę potencjalnej partnerki?
Corso: Oczywiście, że byłem!
PigOut: Dejm ju, szanuję. Mnie ta scena totalnie wybijała z rytmu i nie wiem nawet, jak to się skończyło. Zawsze myślami lądowałem w rozkmince, czy ja bym przeturlał ostatniego klopsika, i za każdym razem wychodziło mi, że zero szans. Gorzej: ja bym oczekiwał, że partnerka nie zje całej swojej porcji i zaproponuje, żebym dokończył, na co ja: "Skoro nalegasz". W alternatywnym scenariuszu zbliżamy się do ostatniego klopsika i nie wytrzymuję presji, więc rzucam tekstem: "Ty, pa za tobą, czy to Pinokio?". Ona się odwraca i rozgląda, a ja cyk, wciągam klopsika, po czym ją przepraszam, że coś mi się przywidziało. Ale poza tym zgadzam się, że to są wzorce, które wynieśliśmy z filmów i z oglądania tamtych rzeczy. To nas wtedy kształtowało. Wróćmy jeszcze na chwilę do nagrywania. Kasety miały zabezpieczenia. Rozgryzłeś to kiedyś?
Corso: Tak! Miały taki plastikowy ząbek. Jak był, można było nagrywać, jak się go wyrwało - nie można było już nic zapisać.
PigOut: Dokładnie tak! Ten wyrwany ząbek to był wrzód na tyłku. Człowiek wyrywał, bo zauroczył się jakimś filmem i chciał sobie go zostawić na zawsze, zabezpieczyć taśmę przed ewentualnymi nieprzemyślanymi działaniami rodzeństwa, po czym wychodziło coś nowego z Dudikoffem, więc szybciorem zmieniał zdanie, ale za późno - kaseta zabezpieczona. I nie było Google'a, żeby zapytać, co zrobić w takiej sytuacji.
Corso: Na szczęście chłopaki w szkole znały patent! Mówiły, że jak się zaklei taśmą klejącą, to kaseta odzyskuje swoje funkcje.
PigOut: Zgadza się, aczkolwiek chyba chwilę trwało, zanim wykminiono ten patent. Pamiętam, że jak tylko się dowiedziałem, wracałem do domu delikatnie podjarany tą informacją, bo to jakby akt ułaskawienia dla błędnych decyzji poczynionych wcześniej, ale gdzieś z tyłu głowy strach, że to może być plotka i u mnie nie zadziała. Niemniej wbijam do domu i pierwsze, co robię - biorę taśmę, zaklejam... bum, działa! Ależ to był gejmczendżer.
Corso: To powiem ci więcej - w zależności od rodzaju magnetowidu czasami ta taśma to było za mało, bo robiło się wklęśnięcie i taśma pękała...
PigOut: Bo tam rzeczywiście był jakiś bolec, który w to wchodził i sprawdzał, czy taśma ma zabezpieczenie, czy nie.
Corso: Sekretem u mnie w domu było to, żeby wyrywać jeszcze takie małe kwadraciki z chusteczek higienicznych, wsadzać je w środek i dopiero wtedy zaklejać taśmą.
PigOut: Chyba nie tylko u ciebie w domu znano ten sekret. Jak teraz o tym wspominasz, to faktycznie, jak przez mgłę majaczą mi kasety z wkładkami z chusteczek higienicznych. Czy to nie ironiczne - mądre głowy wymyślają zabezpieczenia nie do sforsowania, a później obchodzisz to chusteczką higieniczną.
PRZERWA NA RZEWNE WSPOMNIENIA, KTÓRE NIE PRZYSTOJĄ DOROSŁYM MĘŻCZYZNOM.
Corso: Ekhem... no dobrze. Czy biorąc pod uwagę całą twoją znajomość popkultury, liczbę filmów, które miałeś na VHS-ie, i to, jak chłonąłeś te rzeczy, miałbyś odwagę powiedzieć teraz, że kasety były dla ciebie najważniejszym nośnikiem filmów?
PigOut: Bez dwóch zdań! Wtedy to było coś świeżego, coś, co atakowało cię z każdej strony. Bo dopiero się uczyłeś, poznawałeś kino, nie byłeś jeszcze zmanierowany jak dzisiaj. Nie było przebodźcowania, tylko: "Wow, wow! Ale to jest super!". Praktycznie wszystko ci się podobało. Poza tym nie było tylu opcji rozrywek, które walczyły o nasz czas, jak obecnie. Nie miałeś seriali, gier, książek i audiobooków na kliknięcie.
Corso: Zobacz, teraz wszyscy mówią o kliszach w filmach i serialach - że to jest kalka czegoś innego. Postmodernizm pełną gębą. A wtedy? Każdy film był dla ciebie nowym doświadczeniem! Każdy scenariusz był czymś, czego jeszcze nie znałeś.
PigOut: Tak, bo wcześniej dostęp do filmów był ograniczony. Miałeś to, co leciało w telewizji - a to była głównie Bonanza, Domek na prerii, czarno-biały Zorro... No i człowiek oglądał, ale to były nudy dla starych ludzi, już wtedy trąciły myszą, chciało się czegoś nowego, dynamicznego i kolorowego. I nagle wchodzą VHS-y - i to są zupełnie inne klimaty! Nie dość, że pachnie nowością i Zachodem, to jeszcze masz wybór! Możesz sam decydować, co obejrzysz. No i do tego plakaty, tekturowe standy w wypożyczalniach, pierwsze trailery przed filmami - jak w kinie! Inny wymiar.
Corso: Tak! Dystrybutor wrzucał zwiastuny i nagle: "Już tego lata... Nicolas Cage!". I wiesz, że będziesz miał dobry dzień, bo zaraz obejrzysz coś, co na pewno cię zachwyci.
PigOut: Wszystko zachwycało. A jak jeszcze przed filmem, który właśnie przyniosłeś z wypożyczalni, zobaczyłeś zajawkę innego, w głowie miałeś: Oho, no to już chyba wiem, co wypożyczę jutro.
Corso: A jakbyś miał wymienić pięć najważniejszych kaset w twoim życiu?
PigOut: Hmm... Na pewno Krwawy sport. To był film, który przyniósł do nas mój świętej pamięci dziadek. I on wtedy powiedział coś w stylu: "Bo filmy to muszą mieć akcję!". No i Krwawy sport miał wszystko - karate, Jeana-Claude'a Van Damme'a, turniej, gigantyczne napięcie, rozdzierającą scenę śmierci najlepszego ziomka, potrzebę wymierzenia sprawiedliwości i niepewność, jak to się potoczy dalej. Wspaniały był to film, pochłaniający człowieka w całości. Przez cały seans nie docierały do mnie żadne zewnętrzne bodźce, bo byłem wtedy w Hongkongu. Uważam, że Krwawy sport to topka filmów z mordobiciem, tak generalnie. Zdecydowanie najlepszy film Van Damme'a.
Corso: Tutaj się nie zgodzę! Ale rozumiem sentyment. Kiedy ostatni raz oglądałeś Krwawy sport?
PigOut: I tu cię zaskoczę, bo kiedyś byłem na wakacjach w Tajlandii i w nocy trafiłem na Krwawy sport w ichniejszej telewizji... z tajskim dubbingiem, którego ni w ząb nie rozumiałem i który ogólnie wypadał kuriozalnie, bo te głosy i flow lektorskie absolutnie nie pasowały do postaci z ekranu. Ale wiesz co? Kompletnie mi to nie przeszkadzało! Okazało się, że potrafię te dialogi odtworzyć z pamięci, i obejrzałem w całości. Podtrzymuję: doskonałe kino kopane i Jean-Claude w prajmie.
Corso: A Krwawy sport to ten film, gdzie on walczy z Tong Po? Czy to było w Kickboxerze?
PigOut: Nie, w Krwawym sporcie walczył z Bolo Yeungiem.
Corso: Aaa! No i właśnie!
PigOut: Jestem team Bolo Yeung all day long - uważam, że bez problemu najebałby Tong Po. Gdybyśmy zestawili tych dwóch złoli - Bolo Yeunga z Krwawego sportu i Tong Po z Kickboxera - to Bolo Yeung bezapelacyjnie wygrywa. To była przerażająca góra mięsa, która patrzyła swoim przyszłym ofiarom w oczy, po czym robiła taki trik z podskakującymi cyckami, co pozbawiało resztek nadziei na przeżycie. Nie będę ukrywał, że chodzę na siłkę tylko po to, żeby zrobić sobie klatę do rozmiaru pozwalającego tańczyć cyckami. Jak to osiągnę, moje życie będzie kompletne. Ale wracając do Bolo Yeunga, widziałem Krwawy sport multum razy, ale nigdy do końca się z nim nie oswoiłem. Zawsze wywoływał u mnie pewien dyskomfort. Niby znałem już zakończenie, a i tak odczuwałem niepokój przed finałową walką.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI