Wstęp
Co dziś oznacza być Tajwańczykiem? Widzieć nazwę miejsca, w którym się żyje w niezliczonych nagłówkach wiadomości, z czego większość donosi, że jeśli grozi nam trzecia wojna światowa, to rozpocznie się właśnie tam? Słyszeć jak think tanki, komentatorzy i politycy mówią o tobie jako o "problemie"? Cieszyć się chwałą jednej z przodujących gospodarek świata z racji, że twoje państwo produkuje najnowocześniejsze półprzewodniki, od których uzależniona jest reszta świata? Mieć świadomość, że pomimo tych wszystkich głosów 90% przywódców tych państw i tak nie uznaje twojej ojczyzny za kraj? Ale przede wszystkim, że się znalazło - z racji urodzenia - w samym sercu prawdopodobnie największej rozgrywki geopolitycznej XXI wieku?
Bycie Tajwańczykiem w XXI wieku oznacza, że w oczach reszty świata jest się częścią problemu, z którym trzeba sobie "poradzić", zagwozdki do "rozwiązania", potencjalnego punktu zapalnego do "opanowania". Wobec wielu ludzi, zwłaszcza jeśli są to przedstawiciele innych rządów, należy podtrzymywać "niejednoznaczność" twojego istnienia celem utrzymania aktualnego status quo, gdyż aż boją się pomyśleć, co by było, gdyby ktoś go zakwestionował. Być Tajwańczykiem to żywić silniejsze od innych przekonanie, że twój los nie do końca znajduje się w twoich rękach. Wystarczy jeden prezydent Stanów Zjednoczonych, który ogłosi, że uznaje Tajwan jako państwo, lub jeden chiński przywódca pragnący natychmiastowego powrotu Tajwanu do macierzy, aby odwrócić twoje życie do góry nogami. Bycie Tajwańczykiem niesie ze sobą wiele znaczeń. Jest jednak jedna rzecz, której większość mieszkańców tej wyspy pragnęłaby zaznawać częściej, a jest tym normalność. Cała bowiem atmosfera otaczająca Tajwan i jego status nie ma wiele wspólnego z normalnością.
Nie jestem Tajwańczykiem. Ale przez ponad trzydzieści lat miałem do czynienia z, dyplomatycznie to ujmując, "chińskojęzycznym światem", w którym Chiny i Tajwan egzystują obok siebie. Zdobyłem dzięki temu pokaźne doświadczenie i rozumienie tego, czym Tajwan jest. Umożliwiły mi to liczne wizyty na wyspie od początku tego tysiąclecia oraz kontakty z przyjaciółmi mieszkającymi na Tajwanie, jak i z niego pochodzącymi. Ale także i fakt, że większość mojego zawodowego życia poświęciłem badaniu i opisywaniu głównego partnera Tajwanu w całej tej układance: Chinom.
Niekiedy mam wrażenie, że z czasem wykształciłem dwa umysły. Pierwszego używam podczas wizyty w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL), państwie liczącym 1,4 mld mieszkańców, czyli zaludnionego przez jedną piątą ludzkości. Od kilku dekad wsłuchiwałem się w opinie, historie, komentarze oraz idee dotyczące Tajwanu wygłaszane przez chińskich urzędników, przyjaciół oraz kolegów z pracy. Okazja ku ich wygłaszaniu najczęściej pojawia się podczas ciągnących się w nieskończoność publicznych imprez, na przykład oficjalnych bankietów z udziałem pracowników administracji lub sponsorowanych przez rząd konferencji i seminariów. Niekiedy wyrastają też ni stąd, ni zowąd podczas niezobowiązujących pogawędek. Słyszę wówczas, że Tajwan jest częścią Chin i od zawsze nią był. Piorunując mnie surowym spojrzeniem, moi rozmówcy obwieszczają mi, że wyspa musi wrócić na łono Chin, a reszta świata niech się lepiej w to nie miesza. Jeszcze na początku mojej kariery, zanim porządnie nie zgłębiłem przyczyn relacji łączących obecnie te dwa państwa, miałem przekonanie, że była to opinia, z którą silnie utożsamiają się mieszkańcy Chin. Niezbyt interesowało ich wysłuchiwanie opinii na ten temat od ludzi z zewnątrz, jak ja, a już szczególnie, gdy przeczyła ona ich poglądom.
Ale już na Tajwanie odniosłem zupełnie odwrotne wrażenie. Czułem się, jakbym przekroczył jakąś magiczną barierę z jednej rzeczywistości do drugiej, w której wszystko w ułamku sekundy wywróciło się do góry nogami. Od mieszkańców usłyszałem, że opinie i teorie o wyspie krążące po drugiej stronie cieśniny są nieprawdziwe. Dodawali szybko, że wysuwane wobec nich roszczenia pochodzą z ust oprycha. Ich zdaniem Tajwan nigdy tak naprawdę nie należał do Chin, a w przeszłości utrzymywał z nimi co najwyżej luźne i nieregularne kontakty.
Podróżując przez lata między tymi dwoma światami, z wolna musiałem przyznać, że Tajwan rzeczywiście jest inny - pytanie jednak jak bardzo. Niekiedy miałem wrażenie, że balansuję na granicy zaakceptowania faktu, że jest to zupełnie odmienne miejsce. Natychmiast jednak drzemiący we mnie realista sprzeciwiał się, że - przynajmniej na razie - istnieje nić łącząca wyspę ze znacznie bardziej ludnym państwem po drugiej stronie cieśniny, a której ze względu na poważne konsekwencje takiej decyzji nie można zignorować. Nieustannie targany niepewnością i wątpliwościami co do zasadności mojego stanowiska, zdałem sobie sprawę, że trochę pod tym względem upodobniłem się do samych Tajwańczyków.
Po raz pierwszy odwiedziłem Tajwan w 2000 roku, kiedy to wysłano mnie do Pekinu do pracy w brytyjskiej ambasadzie. Wówczas Tajwan naprawdę jawił się jako "zbuntowana" prowincja, jak to określała go ChRL. Na wyspę nie docierały żadne bezpośrednie loty. Musiałem wybrać trasę z międzylądowaniem w Hongkongu (przynależącym do Chin, ale jak jeszcze się przekonamy, dysponującym specyficznym statusem po tym, jak Brytyjczycy przekazali go Chinom w 1997 roku), co wydłużało podróż o dobrych kilka godzin. Już podczas pierwszej wizyty Tajwan wydawał mi się bardziej przytulny i łatwiej się w nim odnalazłem niż w ogromie państwa na kontynencie, z którego przybyłem. Stolica, Tajpej, w niczym nie przypominała rozległych i otwartych alej siedziby rządu chińskiego, Pekinu. Trudno było jednoznacznie ocenić wyspę. Rok, który spędziłem w Japonii w poprzedniej dekadzie, wyczulił mnie na specyficzną estetykę tego kraju: często prostą, wręcz ascetyczną i oszczędną (na myśl od razu przyszły mi ogrody zen oraz przejrzyste i niezmącone kontury japońskiej architektury). Echa tego odnalazłem na Tajwanie, czego przykładem są maty tatami, którymi wykłada się podłogi w starszych domostwach, styl budownictwa oraz wąskie strumyki biegnące wzdłuż ulic. Niewielkie alejki także były wypełnione drobnymi sklepami i barami, które pamiętałem z Japonii, a w niektórych natrafiłem na rozsuwane drzwi wejściowe i czerwone lampiony z papieru zwisające z okapów.
Spór o Tajwan sięga pożogi drugiej wojny światowej. Istniejąca wówczas Republika Chińska w wyniku trzyletniej wojny domowej rozdarła się na dwie części. Pokonani nacjonaliści, rządzący krajem aż do 1949 roku, zbiegli na obszar, który był w ich posiadaniu od 1945 roku, kiedy to odebrali go sprawującym nad nim przez pół wieku kontrolę Japończykom: wyspiarski Tajwan. Tam kontynuowali swoje rządy. Zwycięscy komuniści powołali na kontynencie nowy rząd, Chińską Republikę Ludową. Od tamtej pory obie strony uznają, że reprezentują prawowitą władzę niegdyś zjednoczonego państwa, a drugi obóz to uzurpatorzy. Na samym początku obie strony przynajmniej zarzekały się, że pewnego dnia dojdzie do zjednoczenia.
Konflikt, jaki wyrósł z tego podziału, uformował jeden ze spektakli zimnej wojny, rozgrywający się od lat 50. do 70. XX wieku. W jego toku jeden z sojuszników Zachodu stawił czoła państwu pod rządami komunistów (mimo iż Chińczycy okazali się niepokornymi marksistami i w drugiej połowie lat 50. wypadli z orbity wpływów Związku Radzieckiego). Świat szybko stracił nadzieję, że dojdzie do szybkiego rozwiązania sytuacji i zwycięstwa jednej ze stron. W latach 70. Waszyngton na czele z Richardem Nixonem i Pekin pod przywództwem Mao Zedonga rozpoczęły mozolny proces budowy narracji, zgodnie z którą uznano istnienie tylko jednych Chin, równocześnie rozmydlając cały problem, aby lepiej kontrolować zaistniały podział, jeśli jego rozwiązanie nie wchodziło w grę. Dzięki temu każdy mógł dostosować się do zaistniałego sporu, wchodzić w relacje z każdym obozem, a równocześnie nie opowiadać się po żadnej ze stron. Był to najdoskonalszy przykład dyplomatycznej sytuacji, w której każdy chciał mieć ciastko i zjeść ciastko.
Celowo spowijano całą sytuację mglistym językiem. Na przykład termin "Chiny" mógł zarówno oznaczać "Republikę Chińską" (Tajwan), jak i "Chińską Republikę Ludową" (państwo komunistyczne na kontynencie). Stosowano gry słowne, aby ludzie "uznali" pozycję każdego z bytów - Tajwanu lub Chin - ale równocześnie nie musieli przyznawać, że zgadzają się z tym, co właśnie powiedzieli. Choć nie sposób nie patrzeć krzywo na taką semantykę, to przynajmniej pozwalała ona utrzymać pokój. W przeciwieństwie do wielu innych konfliktów na świecie spór między Chinami a Tajwanem o status tego drugiego nie doprowadził, jak na razie, do wybuchu gorącego starcia, co tylko potwierdza tego słownego berka.
Kolejnym powodem, dla którego konflikt się nie zaognił, jest pozycja państw trzecich, spośród których kluczową zajmują Stany Zjednoczone oraz ich udane, jak dotąd, działania studzące zamiary głównych graczy po obu stronach cieśniny do rozwiązania problemu groźniejszymi narzędziami. Utrzymując relacje handlowe i polityczne zarówno z Tajwanem, jak i Chinami, Stany Zjednoczone zbudowały pozycję arbitra poprzez stosowanie polityki "strategicznej dwuznaczności" (ang. strategic ambiguity). Zgodnie z nią Washington wykazuje silne poświęcenie i zainteresowanie kwestią bezpieczeństwa Tajwanu, równocześnie nie składając jednoznacznych obietnic co do swojej postawy w chwili, gdyby Chiny zdecydowały się na bezpośredni atak. I właśnie fakt, że nikt nie wie, jaki byłby ruch Stanów Zjednoczonych w kryzysowej sytuacji, sprawia, że społeczność międzynarodowa z większą rozwagą podchodzi do wymuszania jakichkolwiek rozwiązań. Waszyngton uniknął tym sposobem wplątania się w grę Tajpej, a równocześnie utemperował porywcze i gorliwe zamiary innych.
Przez ponad cztery dekady, od lat 70. XX wieku do początku lat 20. aktualnego stulecia, strategia dwuznaczności usztywniła, przynajmniej do pewnego stopnia, ramy trzymające status Tajwanu w niezmienionej postaci. Korzystając z parasola bezpieczeństwa, wyspa stale podąża własną, odmienną ścieżką w kierunku cieszącej się sporą niezależnością demokracji. Należy się jednak liczyć z tym, że w przyszłości sprawa Tajwanu będzie się coraz bardziej komplikować. Cała niezmordowana praca wykonana przez dyplomatów w ostatnich dziesięcioleciach zostanie poddana najtrudniejszej jak dotąd próbie. Zmieniają się kluczowe elementy sytuacji, poczynając od gospodarczych i wojskowych zdolności Chin, przez rosnące poczucie własnej tożsamości wśród samych Tajwańczyków, a na postawie Stanów Zjednoczonych kończąc. Coraz częściej pada pytanie, czy problem Tajwanu nadal będzie do opanowania, czy posłuży za rozsadnik dla konfliktu zdolnego rozlać się na cały świat. Nie brakuje obaw, że ryzyko wojny jest obecnie najwyższe od półwiecza, a minister spraw zagranicznych Tajwanu, Joseph Wu, oznajmił w 2023 roku, że "na poważnie należy wziąć" możliwość wybuchu wojny do 2027 roku[1].
Jedną ze zmian, która podsyca te lęki, jest rozrost chińskiej potęgi oraz nacjonalistycznych ambicji w ostatnich latach. Punktem zwrotnym mogą tutaj okazać się nowe zdolności gospodarcze Pekinu. Do lat 90. zeszłego stulecia ChRL głośno nawoływała do siłowego zjednoczenia, jednak nie dysponowała zdolnościami do podparcia tych żądań. Brakowało jej technologii, sprzętu wojskowego, a także środków finansowych. To już jednak przeszłość. Chiny stały się drugą gospodarką świata, posiadają najliczniejszą flotę (w liczbie okrętów, gdyż pod względem zaawansowania technologicznego, na przykład rodzajów atomowych okrętów podwodnych, Stany Zjednoczone są nadal daleko przed nimi), a w wydatkach na zbrojenia prześcigają je wyłącznie Amerykanie. Teraz mogą snuć plany, które dawniej nawet nie wchodziły w grę. Dziś Chiny dysponują zarówno motywacją, jak i środkami. Świat nie zadaje już sobie pytania, czy Chiny są w stanie zrobić jakiś ruch, ale kiedy go wykonają.
Jednym ze skutków tej zmiany w sytuacji Chin jest alarmujący wzrost głosów opowiadających się za ostrą odpowiedzią ze strony Zachodu. To oznaczałoby zaś konieczność zdarcia zasłony dwuznaczności w kwestii statusu Tajwanu w obliczu otwarcie agresywnej i groźnej postawy Chin. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych zauważalny jest ruch polityków w kierunku wyrażania ostrzejszych i jaśniejszych deklaracji obrony Tajwanu. Niektórzy sugerowali nawet, że należy w pełni uznać niepodległość wyspy. Bez względu na dobre zamiary kryjące się za tymi aktami solidarności mogą one tylko scementować stanowczość rządu w Pekinie, którą przecież miały utemperować. A to dlatego, że takie działania polityków mogą doprowadzić do sytuacji, której Chiny za wszelką cenę chcą uniknąć - wydzielenia się narodu tajwańskiego. Zestawiając ze sobą te dwa punkty widzenia, nietrudno dostrzec, jak świat znalazł się niebezpiecznie blisko otwartej eskalacji konfliktu zbrojnego.
Możliwe, że najlepszym wyjściem jest przyznać, że gramy na czas. Jesteśmy niczym publiczność oglądająca sztukę, której bohater znalazł się w pułapce bez wyjścia i oczekuje na jakiś cudowny zwrot akcji, jaki zbawi go od tragedii. Wybiegając mocniej w przyszłość, można wyłuskać zapowiedzi zmian niosących nadzieję. W którymś momencie kluczowe elementy całej zagwozdki sprawiające, że jest niczym węzeł gordyjski, ulegną zmianie - na przykład priorytety w polityce chińskich decydentów lub myślenie reszty świata o wielkich tematach, jak suwerenność i tożsamość. Iskrą nadziei, jaką niesie ze sobą taki scenariusz, jest niezwykła dynamika sytuacji w samych Chinach i na Tajwanie. Nie należy wykluczać nagłych zmian, gdyż w niektórych obszarach (jak choćby dynamicznym wzroście gospodarczym w obu miejscach, który nastąpił w ostatnich dekadach i wywarł gigantyczny wpływ na materialne położenie ludzi) są one już faktem.
Ani na chwilę nie wolno nam jednak tracić czujności. Mamy do czynienia ze zmienną, nieprzewidywalną i potencjalnie niszczycielską sytuacją. Teczka zawierająca w sobie problem Tajwanu nosi na okładce wyblakły, zatarty przez czas, ale nadal widoczny napis: "Wysoce niebezpieczne: podchodzić z rozwagą". W pierwszej kolejności musimy zrozumieć, dlaczego w ogóle pojawił się tam ten napis i jakie skutki dla regionu i całego świata może nieść ze sobą nierozważne obchodzenie się z problemem - ze strony Pekinu, Tajpej, Waszyngtonu czy kogokolwiek innego. Jeśli sprawa wymknie się spod kontroli, jej skutki dla gospodarki, bezpieczeństwa i dyplomacji odczują wszyscy. Niniejsza książka rozważy taki scenariusz i ścieżkę, jaka do niego może doprowadzić.
Zagadnieniu temu poświęcono już bardzo dużo publikacji. O Tajwanie można powiedzieć sporo, ale na pewno nie to, że brakuje traktujących o nim prac analitycznych. A mimo to w znacznej części konferencji i sympozjów, a także raportów i opracowań dotyczących wyspy dominuje w pełni zewnętrzna perspektywa. Sam uczestniczyłem w wielu takich spotkaniach. Rozprawia się podczas nich o relacjach międzynarodowych Tajwanu, a także postawie kluczowych jego partnerów, czyli Chin i Stanów Zjednoczonych. Można jednak odnieść wrażenie, że nie istnieje coś takiego jak świat wewnętrzny Tajwanu. To trochę tak, jakby ktoś z wielkimi szczegółami i niezwykłą skrupulatnością opisał zewnętrzny wygląd pudełka, ale nawet nie pomyślał, aby zajrzeć do środka.
W tej zwięzłej książce przyjmuję odwrotne podejście i prowadzę narrację od wnętrza na zewnątrz. Rozpocznę od pytania, kim w ogóle są Tajwańczycy, jak wygląda ich życie i jak sami siebie określają. "Tajwańczyków" i "Chińczyków" łączą ścisłe relacje, ale są one wielowarstwowe i skomplikowane, niewątpliwie też uległy zmianie na przestrzeni ostatnich kilku dekad. Dziś należałoby się zastanowić, czy Tajwańczyk czuje ten sam stosunek do Chin co, powiedzmy, mieszkaniec Nowego Jorku, który widzi w sobie także Amerykanina (czyli jest obywatelem znacznie większej społeczności, do której czuje przynależność i rozumie wynikające z tego obowiązki), czy raczej jak Brytyjczyk, który powie o sobie, że jest także Europejczykiem (znacznie luźniejsza i odleglejsza relacja).
Kluczową rolę w dyskusji o tożsamości odgrywa niezwykła historia wyspy oraz jej ponad 160 mniejszych satelitów. Poznając ich przeszłość, lepiej zrozumiemy, dlaczego w dyskusji o określaniu się Tajwanu padają tak ostre argumenty i zwalczające się głosy. Z historii wyspy można wyłuskać - nawet jeśli często robi się to wybiórczo - fakty na poparcie własnej tezy. Chińczycy widzą w niej świadectwo podtrzymujące ich roszczenia do kontroli nad tym regionem. Z kolei wielu Tajwańczyków, zagłębiając się w swoją przeszłość, utwierdza się w przekonaniu o swojej odrębności i wyjątkowości. Dla pozostałych narracja o dziejach wyspy jawi się jako niejednoznaczna i wielowątkowa i jeszcze bardziej zaciemnia im współczesny obraz. Bez względu na wszystko zrozumienie przeszłości jest niezbędne do zagłębienia się w aktualne położenie Tajwanu, choćby po to, aby dostrzec, jak złożona jest ta układanka i jak groźne może być szybkie szafowanie wnioskami.
Ale znaczenie Tajwanu nie zawiera się wyłącznie w jego przeszłości, ale i w jego obecnym położeniu, rozciągniętym na rozległych ideologicznych i kulturowych płytach tektonicznych, mogących przynieść równie wielkie zniszczenia, co podobne im zjawiska geologiczne wywołujące nazbyt często trzęsienia ziemi. Tajwan w swojej najnowszej historii zdążał ścieżką ku demokracji i liberalizmowi, w czym diametralnie różni się od sąsiednich Chin, nadal cementujących autorytarny system komunistyczny. Reformy demokratyczne to opowieść o niezwykłych mieszkańcach Tajwanu w nie zaangażowanych, a także o ich wpływie na kształt państwa, biegnąca od czasów dzierżącej monopol na władzę Partii Narodowej, aż po współczesny dynamiczny system wielopartyjny. Pamiętne są tutaj kluczowe zdarzenia z przełomu lat 80. i 90. XX wieku, które doprowadziły do politycznej zmiany. Należy tu jednak podkreślić, że o ile Tajwan zaczerpnął pomysły na budowę administracji i model rządzenia z zewnątrz, o tyle przekształcił je podług wartości i mentalności o charakterze wybitnie lokalnym. Dziś Tajwan to pulsująca hybryda, miejsce, którego domem nie jest ani Zachód, ani Chiny, a należy patrzeć na nie w osobnych kategoriach.
Nie zapominajmy także, że polityczna ścieżka, jaką przebył Tajwan, wywołała znacznie szersze konsekwencje. Przemiana w demokrację nie zmieniła jedynie sposobu rządzenia wyspą, ale podniosła rangę i znaczenie konfliktu z państwem na kontynencie. Gdyby bowiem w Tajwanie nadal dominował system jednopartyjny, jak od lat 40. do 80. XX wieku, jego aktualne położenie w żadnym razie nie wzbudzałoby tyle przychylności i wsparcia ze strony opinii międzynarodowej co teraz. Ale stając naprzeciwko ostatniego, liczącego się państwa komunistycznego, Tajwan w oczach Zachodu jawi się jako Dawid demokracji rzucający wyzwanie gigantycznemu Goliatowi totalitaryzmu. Stoi wręcz na linii frontu w prawdopodobnie największym starciu ideologicznym współczesności, w którym światy autorytarny i demokracji liberalnej będą siłować się o to, kto zdominuje kształt świata w naszym stuleciu.
Trudno chyba o wyższą stawkę. We współczesnym świecie z niechęcią spogląda się na rodzaje polityk, których celem nie jest szukanie rozwiązania i wyjścia, ale zarządzanie sytuacją i stosowanie uników. Brutalna prawda jest jednak taka, że problem tajwańsko-chiński, na ten moment, nie ma rozwiązania, a zważywszy na jego donośne znaczenie i potencjalne niebezpieczeństwo, należy zaniechać prób narzucenia sposobu wyjścia ze sporu. Udało się do tej pory zapobiegać konfliktowi dzięki stosowaniu dwuznaczności i zgrabnych uników. Może i zabrzmi to paradoksalnie, ale niniejsza książka stanowi płomienne wezwanie dla świata do powrotu do dwuznaczności i uników, z jasnością i ostrością umysłu jak nigdy wcześniej.
Utrzymanie takiej postawy nie będzie łatwe i zapewne będzie kosztować wiele nerwów. Większość państw na świecie nie uznaje Tajwanu w relacjach dyplomatycznych. A mimo to cieszy się on moralnym poparciem. Podczas pandemii COVID-19, gdy Chiny przyjęły znacznie ostrzejszą postawę w relacjach dyplomatycznych z Tajwanem, przykład takich państw jak Litwa ukazał ruch w kierunku zmiany status quo. W 2021 roku litewski rząd zezwolił Tajwanowi na otwarcie w Wilnie biura handlowego, zacieśniając wspólne relacje i zbliżając się ku uznaniu państwa. Litwini otwarcie także wyrazili poparcie dla Tajwanu w jego sporze z nową polityką Pekinu. W odpowiedzi rząd Chin dał dowód swego gniewu i odwołał ambasadora z Wilna, obniżając rangę relacji dyplomatycznych, wstrzymał 90 proc. eksportu do tego państwa bałtyckiego, a w wypowiedziach przyjął ostrą retorykę. Litwini mimo to się nie ugięli (ich handel z Chinami i tak był niewielki). Dla Chin cała sytuacja miała jednak posłużyć za ostrzeżenie: oto co grozi państwu, które postanowi iść własną ścieżką w sprawach Tajwanu i zacieśnić więzi z wyspą.
Choć to, jak i wiele innych wydarzeń stale przypominały światu o trudnościach towarzyszących utrzymywaniu relacji z Chinami, dla samego Tajwanu radzenie sobie z takimi napięciami i trudnościami stanowiło chleb powszedni. Tajwan może i prowadził spory ze swym potężnym sąsiadem, ale mimo wszystko to Chiny odpowiadały za niemalże połowę jego obrotów handlowych i stanowiły dom dla 200 tys. Tajwańczyków. Wraz z rozwojem pandemii COVID-19 doniesienia o dezinformacji na temat choroby i przyczyn kryzysu roznieciły w kraju kampanię na temat "odporności informacyjnej", jak ujęła to Audrey Tang, minister ds. cyfryzacji Tajwanu. Jednym z zamierzeń tej książki jest zapewnienie takiej odporności informacyjnej tym, którzy obserwują, jak sytuacja na Tajwanie z wolna zmierza ku tragicznemu przełomowi, ale mają nadzieję, że jednak nigdy go nie osiągnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki