Pingwiny cesarskie. Tajemnice najpiękniejszych ptaków Antarktyki - Gerald L. Kooyman, Jim Mastro

Kup ebooka

54.90 zł
39.53 zł (37,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Pin­gwin ce­sar­ski zo­stał za­ob­ser­wo­wany praw­do­po­dob­nie po raz pierw­szy w 1820 r. na pły­wa­ją­cym lo­dzie gdzieś na pół­noc od Mo­rza Rossa przez ro­syj­skiego od­krywcę Thad­deusa von Bel­ling­shau­sena pod­czas jego rejsu do­okoła kon­ty­nentu an­tark­tycz­nego. Cho­ciaż już wcze­śniej nie­mieccy przy­rod­nicy, oj­ciec i syn Jo­hann Re­in­hold For­ster i Jo­hann Georg Adam For­ster, opi­sali ptaka być może bę­dą­cego pin­gwi­nem ce­sar­skim - działo się to pod­czas dru­giej wy­prawy Co­oka (1772-1775), gdy po­szu­ki­wał on (bez­sku­tecz­nie) Terra Au­stra­lis In­co­gnita (nie­zna­nego kon­ty­nentu po­łu­dnio­wego). Stąd też w na­zwie ga­tunku Ap­te­no­dy­tes for­steri, za­pi­sa­nej przez Graya w 1844 r., na­zwi­sko Jo­han­nów ojca i syna.

Te nie­zwy­kłe ptaki mają kilka wy­jąt­ko­wych cech, które od­róż­niają je od wszyst­kich in­nych pin­gwi­nów: (1) są naj­więk­szymi przed­sta­wi­cie­lami tej grupy; (2) są je­dy­nymi pin­gwi­nami o zło­tym upie­rze­niu piersi; (3) całe ży­cie spę­dzają w mo­rzu lub na lo­dzie mor­skim; (4) roz­mna­żają się i wy­sia­dują jaja w środku zimy (pin­gwin gru­bo­dzioby z no­wo­ze­landz­kiego Fior­dlandu rów­nież tak robi, ale w znacz­nie mniej su­ro­wych wa­run­kach ter­micz­nych); (5) jaja in­ku­bują wy­łącz­nie samce; (6) 120-dniowy post in­ku­bu­ją­cego samca jest naj­dłuż­szym u wszyst­kich pin­gwi­nów i być może wszyst­kich pta­ków; (7) na naj­wyż­szych sze­ro­ko­ściach geo­gra­ficz­nych roz­mna­ża­nie i in­ku­ba­cja od­bywa się cał­ko­wi­cie w ciem­no­ści, bez gniazda, w wa­run­kach su­ro­wej an­tark­tycz­nej zimy; (8) nie są te­ry­to­rialne, a samce przy­tu­lają się do sie­bie, aby prze­trwać długą zi­mową noc; (9) kiedy ma­sze­rują w gru­pie, idą jedną ko­lumną; oraz (10) są to je­dyne pin­gwiny, które kro­czą ze skrzy­dłami przy­ci­śnię­tymi do bo­ków ciała, za­miast trzy­mać je roz­ło­żone dla rów­no­wagi.

Cho­ciaż w nor­mal­nej po­zy­cji sto­ją­cej ich wy­so­kość wy­nosi nieco po­ni­żej me­tra, mogą wy­su­nąć szyję o ko­lejne 10 cen­ty­me­trów, aby spoj­rzeć po­nad tłu­mem. Ich ma­sywne stopy sta­no­wią ba­rierę ter­miczną po­mię­dzy cie­płym cia­łem a lo­dem mor­skim, na któ­rym stoją. Te nie­zwy­kłe stopy peł­nią także wiele in­nych funk­cji. Za­opa­trzone w pa­zury, sta­no­wią główny ele­ment na­pę­dowy pod­czas jazdy na brzu­chu (tech­nika okre­ślana jako "zjazd na san­kach"), a pod­czas pły­wa­nia w wo­dzie służą za ha­mu­lec i ster. Peł­nią także rolę prze­no­śnego "gniazda" dla jaja i pi­sklę­cia pod­czas in­ku­ba­cji[1] i wy­grze­wa­nia mło­dego. Izo­lo­wane przez stopy od za­gra­ża­ją­cego ży­ciu in­ten­syw­nego zimna lodu i chro­nione przed ży­wio­łami przez pióra worka lę­go­wego ro­dzica, jajo lub pi­sklę utrzy­my­wane jest w tem­pe­ra­tu­rze około 38°C, pod­czas gdy tem­pe­ra­tura po­wie­trza i lodu w od­le­gło­ści za­le­d­wie jed­nego do trzech cen­ty­me­trów od niego może wy­no­sić -50°C i mniej. Kiedy pin­gwiny ko­ły­szą się na pię­tach, je­dy­nym frag­men­tem skóry do­ty­ka­ją­cym lodu jest mała, gruba po­duszka o śred­nicy około 2,5 cm, w któ­rej znaj­dują się ko­mórki wy­peł­nione po­wie­trzem za­pew­nia­jące izo­la­cję ter­miczną krwi krą­żą­cej w sto­pie.

Krótko mó­wiąc, pin­gwin ce­sar­ski jest do­sko­nale przy­sto­so­wany do swo­jego śro­do­wi­ska. I nic dziw­nego: pin­gwiny ist­nieją od cza­sów, gdy w póź­nej kre­dzie od­dzie­liły się ewo­lu­cyj­nie od nu­rów, a sam pin­gwin ce­sar­ski żyje na Ziemi od 2,5 mi­liona lat, nieco tylko kró­cej niż pin­gwin bia­ło­oki (zwany też pin­gwi­nem Adeli; Py­go­sce­lis ade­liae). Fa­scy­nu­jące jest dla mnie to, że dwa naj­star­sze ga­tunki pin­gwi­nów są jed­no­cze­śnie je­dy­nymi, które roz­mna­żają się tak da­leko na po­łu­dniu.

Oczy­wi­ście na­wet pin­gwiny Adeli opusz­czają An­tark­tydę, gdy nad­cho­dzi zima. Samce pin­gwi­nów ce­sar­skich po­zo­stają na miej­scu, wy­sia­du­jąc jaja w (do­słow­nie) mro­żą­cych krew w ży­łach tem­pe­ra­tu­rach, przy hu­ra­ga­no­wych wia­trach i w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści - jed­nym sło­wem: w wa­run­kach fi­zycz­nych naj­su­row­szych z moż­li­wych, ja­kich mogą do­świad­czać krę­gowce. Nic więc dziw­nego, że pierw­szą ko­lo­nię lę­gową tak du­żego, pięk­nego i licz­nego ga­tunku od­kryli do­piero w 1902 r. człon­ko­wie wy­prawy ba­daw­czej Ro­berta Fal­cona Scotta (trwa­ją­cej w la­tach 1901-1904 eks­pe­dy­cji Di­sco­very). Ko­lo­nia znaj­do­wała się w re­jo­nie Cape Cro­zier, po prze­ciw­nej stro­nie wy­spy[2] w sto­sunku do bazy Scotta nad Za­toką Win­ter Qu­ar­ters.

Pod­czas ko­lej­nej wy­prawy Scotta (eks­pe­dy­cji Terra Nova w la­tach 1910-1913) trzech człon­ków jego za­łogi - Edward A. Wil­son, Ap­sley Cherry-Gar­rard i Henry r. "Bir­die" Bo­wers - prze­mie­rzyło w zi­mie trasę ze swo­jej bazy w Cape Evans (na za­chod­nim wy­brzeżu na Wy­spy Rossa) do Cape Cro­zier w celu ze­bra­nia jaj do ba­dań z za­kresu em­brio­lo­gii. Cherry-Gar­rard opi­sał tę po­dróż w książce The Worst Jo­ur­ney in the World (z ang. Naj­gor­sza wy­prawa świata)[3]. I rze­czy­wi­ście taka była: trzej męż­czyźni sta­wili czoła eks­tre­mal­nym tem­pe­ra­tu­rom, bra­kom w za­opa­trze­niu i skraj­nej nie­wy­go­dzie - do­słow­nie ba­lan­su­jąc na kra­wę­dzi śmierci w wa­run­kach, które pin­gwiny zno­szą na co dzień.

Fakt, że pin­gwiny po­tra­fią tak żyć, oraz py­ta­nie, jak to ro­bią, były przed­mio­tem wielu do­cie­kań. Człon­ko­wie eks­pe­dy­cji Di­sco­very Scotta jako pierwsi zdali so­bie sprawę, że ptaki te wy­sia­dują jaja zimą, ale pierw­sze ba­da­nia na­ukowe nad tym za­cho­wa­niem prze­pro­wa­dzono do­piero, gdy nie­jaki Ber­nard Sto­ne­ho­use prze­pro­wa­dził zimą 1948 i 1949 r. ob­ser­wa­cje na Dion Is­lands (na­wia­sem mó­wiąc: to naj­bar­dziej na pół­noc wy­su­nięta ko­lo­nia lę­gowa pin­gwi­nów ce­sar­skich). Jego śla­dem po­dą­żył fran­cu­ski bio­log Jean Prévost, który w 1952 r. roz­po­czął ba­da­nia nad tymi pta­kami w ko­lo­nii w re­jo­nie Po­inte Géo­lo­gie, za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od miej­sca, gdzie póź­niej miała po­wstać fran­cu­ska sta­cja ba­daw­cza Du­mont d'Urville.

Wy­prawa Sto­ne­ho­use'a była tą bar­dziej he­ro­iczną ze wspo­mnia­nych dwóch wcze­snych ope­ra­cji i być może naj­bar­dziej fi­zycz­nie wy­ma­ga­jącą z wszyst­kich eska­pad ba­daw­czych w hi­sto­rii ba­dań pin­gwi­nów. Sto­ne­ho­use pier­wot­nie prze­by­wał na An­tark­ty­dzie jako drugi pi­lot Bry­tyj­skiej Służby An­tark­tycz­nej (BAS, z ang. Bri­tish An­tarc­tic Su­rvey) na wy­spie Sto­ning­ton, ale ka­ta­strofa lot­ni­cza i cał­ko­wite znisz­cze­nie sa­mo­lotu po­ło­żyły temu kres. Po kilku dniach on sam i pierw­szy pi­lot zo­stali za­uwa­żeni i ura­to­wani przez sa­mo­lot zwia­dow­czy z an­tark­tycz­nej eks­pe­dy­cji ba­daw­czej Ron­nego (Ronne An­tarc­tic Re­se­arch Expe­di­tion, ma­ją­cej miej­sce w la­tach 1947-1948).

Po ura­to­wa­niu, Sto­ne­ho­use i trzej to­wa­rzy­sze wy­brali się w paź­dzier­niku psim za­przę­giem z krótką wi­zytą na Dion Is­lands (usły­sza­łem o tym kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej od żony Finna Ron­nego, Edith). Wkrótce po do­tar­ciu tam zo­stali zmu­szeni do wy­co­fa­nia się do bazy na wy­spie Sto­ning­ton z po­wodu po­gar­sza­ją­cego się stanu lodu mor­skiego. Je­stem w sta­nie so­bie wy­obra­zić, że nie­zręcz­nie mo­głoby to wy­glą­dać, gdyby Ame­ry­ka­nie mu­sieli go ra­to­wać po­now­nie - zwłasz­cza że po­mię­dzy wy­pra­wami BAS i Ron­nego trwała wtedy sub­telna, nie­pi­sana ry­wa­li­za­cja. Ptaki go jed­nak in­try­go­wały i po­sta­no­wił je bli­żej zba­dać przy naj­bliż­szej oka­zji. Je­dyną moż­li­wo­ścią było wy­ko­na­nie prac zimą, kiedy lód mor­ski był sta­bilny. Tak więc w czerwcu wraz z dwoma to­wa­rzy­szami Sto­ne­ho­use po­now­nie po­je­chał psim za­przę­giem do ko­lo­nii i po­zo­stał tam do po­łowy sierp­nia.

Tak wła­śnie można by zde­fi­nio­wać hard­co­rową wy­prawę po­larną.

W cza­sach, kiedy Sto­ne­ho­use pro­wa­dził ob­ser­wa­cje, znane były tylko dwie inne ko­lo­nie pin­gwi­nów ce­sar­skich: jedna na Cape Cro­zier i druga na Ha­swell Is­land, od­kryte przez człon­ków au­stra­lij­sko-azja­tyc­kiej eks­pe­dy­cji an­tark­tycz­nej Do­uglasa Maw­sona z lat 1911-1914. Ko­lo­nię w Po­inte Géo­lo­gie od­kryto w 1950 r., a do czasu, gdy Prévost opu­bli­ko­wał swój opis za­cho­wań roz­rod­czych pin­gwina ce­sar­skiego w 1961 r. (przy­pad­kowo w tym sa­mym roku, w któ­rym od­była się moja pierw­sza po­dróż na An­tark­tydę), od­kryto osiem ko­lej­nych ko­lo­nii, w tym jedną na Wy­spie Co­ul­mana na Mo­rzu Rossa. (Do­wie­dzia­łem się o niej pod­czas mo­jej po­dróży w 1961 r., ale ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że pew­nego dnia od­wie­dzę ją w trak­cie mo­ich ba­dań.)

Praca Prévo­sta za­po­cząt­ko­wała naj­dłuż­szy i naj­bar­dziej pro­duk­tywny pro­gram ba­dań nad eko­lo­gią, za­cho­wa­niami i fi­zjo­lo­gią pin­gwi­nów ce­sar­skich, ale za­koń­czył się on na­gle w 2008 r., kiedy rząd fran­cu­ski na­ło­żył ogra­ni­cze­nia na pro­ce­dury wy­ko­ny­wane na ba­da­nych pta­kach.

Oczy­wi­ście, od czasu, gdy Sto­ne­ho­use i Prévost prze­pro­wa­dzili swoje ob­ser­wa­cje, opu­bli­ko­wano wiele in­nych ba­dań nad za­cho­wa­niem i fi­zjo­lo­gią roz­rodu pin­gwi­nów ce­sar­skich. Sporo już wiemy o tym, co ich samce ro­bią zimą. Ale co z resztą roku? Choć po­myślna in­ku­ba­cja jaj ma klu­czowe zna­cze­nie dla prze­trwa­nia ga­tunku - to jego cykl ży­ciowy się na niej nie koń­czy. Z mo­ich ba­dań wy­nika, że ramy ży­cia tych pin­gwi­nów wy­zna­czają cztery naj­waż­niej­sze mi­gra­cje: te w cza­sie kar­mie­nia pi­skląt ("praca z dala od domu"), mi­gra­cja po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści, przed co­rocz­nym pie­rze­niem i za­raz po pie­rze­niu.

Książka, którą czy­tasz, opo­wiada o tych wy­pra­wach, o nie­bez­pie­czeń­stwach, na ja­kie na­ra­żone są pin­gwiny ce­sar­skie pod­czas każ­dej z nich, oraz o ad­ap­ta­cjach fi­zjo­lo­gicz­nych, które po­zwa­lają im nie tylko prze­trwać, ale także roz­wi­jać się w naj­su­row­szym i fi­zjo­lo­gicz­nie naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­cym śro­do­wi­sku na Ziemi. To także opo­wieść o moim ży­ciu, ba­da­niach pro­wa­dzo­nych w celu po­zna­nia tych pin­gwi­nów, dą­że­niu do opi­sa­nia bio­lo­gii ich rocz­nego cy­klu i spo­ty­ka­ją­cych mnie na tej dro­dze przy­go­dach oraz o mo­jej współ­pracy z wie­loma przy­ja­ciółmi - w tym z mo­imi dwoma sy­nami - z któ­rymi mia­łem za­szczyt pra­co­wać na lo­dach Mo­rza Rossa.

W kilku miej­scach książki za­zna­czy­łem do­stęp­ność klipu wi­deo przed­sta­wia­ją­cego za­cho­wa­nia opi­sane w tek­ście. Miej­sca ta­kie za­zna­czone są wi­docz­nym obok sym­bo­lem. Filmy te mo­żesz zna­leźć i obej­rzeć od­wie­dza­jąc stronę in­ter­ne­tową książki pod ad­re­sem https://press.uchi­cago.edu/si­tes/ko­oy­man-ma­stro/in­dex.html

Roz­mna­ża­nie

Pin­gwiny ce­sar­skie za­czy­nają przy­by­wać do swo­ich ko­lo­nii od około po­łowy marca do około po­łowy kwiet­nia. W Po­inte Géo­lo­gie, gdzie ich na­dej­ście można ob­ser­wo­wać ze sta­cji ba­daw­czej, naj­więk­szy na­pływ ma miej­sce w okre­sie od 30 marca do 13 kwiet­nia. Pod ko­niec dłu­giego mar­szu li­czą­cego od 50 do 100 ki­lo­me­trów po mor­skim lo­dzie ptaki two­rzą długą, wą­ską ko­lumnę, każdy pin­gwin w jed­na­ko­wej od­le­gło­ści od ko­lej­nego. W ko­lo­niach Mo­rza Rossa, gdzie pro­wa­dzi­łem na­sze ba­da­nia, ni­gdy nie mia­łem oka­zji ob­ser­wo­wać mo­mentu przy­by­cia pta­ków.

Po do­tar­ciu na miej­sce samce mogą wa­żyć na­wet 45 ki­lo­gra­mów, przy śred­niej wa­dze 37 ki­lo­gra­mów. Sa­mice osią­gają wagę do 32 ki­lo­gra­mów, a ich śred­nia waga wy­nosi 28 ki­lo­gra­mów. Ozna­cza to, że dy­mor­fizm płciowy u tego ga­tunku nie ma wiele (lub wręcz nic) wspól­nego z do­mi­na­cją sam­ców. Nie ob­ser­wu­jemy u nich obrony te­ry­to­rial­nej ani pil­no­wa­nia sa­mic, cho­ciaż te wciąż mogą do­ko­ny­wać se­lek­cji płcio­wej. Sa­miec po­trze­buje du­żych za­pa­sów tłusz­czu na długi zi­mowy post zwią­zany z in­ku­ba­cją, sa­mice mogą więc pre­fe­ro­wać sil­niej­szych i więk­szych sam­ców. Przez na­stępny mie­siąc ptaki an­ga­żują się w sze­reg za­cho­wań ma­ją­cych na celu stwo­rze­nie i wzmoc­nie­nie więzi part­ner­skich, któ­rych kul­mi­na­cją są pierw­sze ko­pu­la­cje (mie­siąc po przy­by­ciu). Z da­nych uzy­ska­nych od kilku za­ob­rącz­ko­wa­nych osob­ni­ków wy­nika, że nie­wiele osob­ni­ków łą­czy się w te same pary w na­stęp­nym roku.

Skła­da­nie jaj roz­po­czyna się mniej wię­cej w pierw­szym ty­go­dniu maja i trwa do pierw­szego ty­go­dnia czerwca - do­kładny ter­min za­leży od sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej ko­lo­nii. W ciągu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin sa­mica prze­ka­zuje jajo sam­cowi i na na­stępne dwa mie­siące opusz­cza ko­lo­nię w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia. Sa­miec wy­sia­duje jajo przez całą zimę, aż do po­wrotu sa­micy na po­czątku sierp­nia (mniej wię­cej w mo­men­cie wy­klu­cia się jaja), po czym sam wy­ru­sza do mo­rza na około trzy ty­go­dnie, aby się na­jeść. Na­stęp­nie obaj part­ne­rzy na zmianę pie­lę­gnują pi­sklę i że­rują na mo­rzu, a ich wy­prawy po po­karm stają się co­raz krót­sze, aż do mo­mentu osią­gnię­cia przez pi­sklęta do­ro­sło­ści.

Ryc. P.1 to gra­ficzne przed­sta­wie­nie rocz­nego cy­klu ży­cia pin­gwina ce­sar­skiego. Okresy wy­stę­po­wa­nia i czas ich trwa­nia opie­rają się na mo­ich sza­cun­kach z Cape Wa­shing­ton. Będą się one nieco róż­nić w za­leż­no­ści od lo­ka­li­za­cji ko­lo­nii, zwłasz­cza sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, a także od po­gody i stanu lodu mor­skiego w da­nym roku.

Ryc. P.1. Roczny cykl ży­ciowy pin­gwina ce­sar­skiego. F = "pod­loty" (strzałka wska­zuje przy­bli­żony czas trwa­nia etapu); Pre-M = mi­gra­cja przed pie­rze­niem; M = pie­rze­nie; PM = mi­gra­cja po pie­rze­niu; B = przy­by­cie do ko­lo­nii i two­rze­nie par lę­go­wych; L = skła­da­nie jaj; Prze­rwa = krótki czas, przez jaki sa­mica może opóź­niać opusz­cze­nie ko­lo­nii, wa­ha­jąc się, za­nim odda jajo, i/lub czas, jaki upływa do chwili, gdy sa­miec roz­po­czyna in­ku­ba­cję; I = in­ku­ba­cja, głów­nie przez samca, obej­mu­jąca czas, w któ­rym sa­mica po­zo­staje w po­bliżu przed wy­ru­sze­niem na że­ro­wi­ska, a także resztę czasu do wy­klu­cia; Wy­prawa po zło­że­niu jaj = po­dróż sa­micy na że­ro­wi­sko po opusz­cze­niu ko­lo­nii (usta­lili to do­piero Au­stra­lij­czycy na Lo­dowcu Tay­lora i w Amanda Bay oraz praw­do­po­dob­nie Fran­cuzi w Po­inte Géo­lo­gie); H = wy­lęg i prze­ka­za­nie pi­sklę­cia sa­micy; Br = opieka nad pi­sklę­ciem, sa­miec robi to przez krótki czas, do­póki sa­mica nie wróci i nie przej­mie za­da­nia, na­stęp­nie opieka od­bywa się na prze­mian aż do paź­dzier­nika, a każda se­sja ma różny czas trwa­nia, w za­leż­no­ści od po­wo­dze­nia każ­dego z ro­dzi­ców na że­ro­wi­sku; C = "żło­bek" (pod ko­niec wrze­śnia pi­sklęta two­rzą "żłobki" i trwa to do li­sto­pada). Za­równo w paź­dzier­niku, jak i li­sto­pa­dzie, w za­leż­no­ści od po­gody, mają miej­sce za­równo lęgi, jak i for­mo­wa­nie "żłob­ków".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przed­mowa

Wsłu­chu­jąc się w hi­sto­rie o pio­nier­skich eks­plo­ra­cjach i ba­da­niach An­tark­tyki lub o po­cząt­kach lo­tów ko­smicz­nych czło­wieka, mia­łam cza­sami wra­że­nie, że uro­dzi­łam się w nie­wła­ści­wej epoce. Było wtedy tak wiele do zba­da­nia, tak wiele miejsc nie­tknię­tych, fak­tów nie­spraw­dzo­nych i nie­zna­nych, wresz­cie - tyle cu­dów cze­ka­ją­cych na od­kry­cie, za­równo na na­szej pla­ne­cie, jak i poza nią. Nie do­sta­ła­bym wpraw­dzie w tam­tych cza­sach ta­kich sa­mych moż­li­wo­ści, ja­kie mia­łam przez całą moją ka­rierę "na lo­dzie" (jak o ży­ciu i pracy na An­tark­ty­dzie mó­wią jej miesz­kańcy) oraz w prze­strzeni ko­smicz­nej - na­dal jed­nak lu­bię wy­obra­żać so­bie te po­czątki. Moż­liwe też, że nic nie dzieje się bez po­wodu, skoro na­ukowcy i na­ukow­czy­nie wszel­kich na­ro­do­wo­ści wciąż mają na Ziemi i poza nią nie­zli­czone rze­czy do od­kry­cia.

Pierw­sze dzie­się­cio­le­cia wcze­snych ba­dań nad An­tark­tydą to był zu­peł­nie inny czas - w pew­nym sen­sie "czyst­szy", dzik­szy, ko­rzy­sta­jący z me­tod i pro­ce­dur na­uko­wych w spo­sób nie­ska­żony nie­zli­czo­nymi ogra­ni­cze­niami i re­gu­la­cjami zwią­za­nymi z bez­pie­czeń­stwem, wszech­obec­nymi dziś pro­to­ko­łami i prze­pi­sami. Był to czas, kiedy praw­dziwi pio­nie­rzy, tacy jak Jerry Ko­oy­man, wy­ru­szali w za­mar­z­niętą, nie­znaną An­tark­tydę uzbro­jeni je­dy­nie w nur­tu­jące ich py­ta­nia na­ukowe i bez żad­nego do­świad­cze­nia (wła­snego lub in­nych), z któ­rego mo­gliby czer­pać. To był czas, kiedy la­ski dy­na­mitu roz­da­wano wszyst­kim chęt­nym na­ukow­com, nie ma­ją­cym żad­nego do­świad­cze­nia z ma­te­ria­łami wy­bu­cho­wymi (tak, Jerry był z tego do­sko­nale znany, na­wet je­śli nie wspo­mniano o tym na dal­szych kar­tach tej książki!), a ci ja­kimś cu­dem opusz­czali An­tark­tydę nie tylko ze zdo­by­tymi da­nymi, ale też z wszyst­kimi pal­cami u rąk i nóg.

Ist­nieją ude­rza­jące po­do­bień­stwa mię­dzy tamtą epoką po­lar­nych eks­plo­ra­cji a świa­tem eks­plo­ra­cji ko­smosu - mniej wię­cej w tym sa­mym okre­sie czło­wiek wy­ru­szył w swoją pierw­szą po­dróż na Księ­życ. Dzi­siaj NASA, ob­cią­żona spo­tka­niami, pro­ce­du­rami, biu­ro­kra­cją na­rzu­caną przez rząd i różne wła­sne ko­mi­sje, by­łaby nie do po­zna­nia dla ar­mii mło­dych, świeżo upie­czo­nych in­ży­nie­rów po­dej­mu­ją­cych co go­dzinę fun­da­men­talne de­cy­zje, pró­bu­ją­cych spro­stać od­waż­nej de­kla­ra­cji pre­zy­denta Johna F. Ken­nedy'ego o za­mia­rze po­sta­wie­nia ludz­kiej stopy na Księ­życu.

Za­równo w ko­smo­sie, jak i na lo­dzie był to czas nie­okieł­zna­nej, su­ro­wej eks­plo­ra­cji. Ci, któ­rzy mieli szczę­ście ode­grać w niej ja­kąś rolę, po­zo­sta­wili po so­bie wielką spu­ści­znę, prze­cie­ra­jąc szlak, któ­rym mogą po­dą­żać dzi­siaj inni. Jerry nie­wąt­pli­wie stał na czele tej grupy. Oprócz tego, że to praw­dziwy od­krywca, jest także praw­dzi­wym przy­rod­ni­kiem. W swo­ich do­cie­ka­niach nie tylko po­szu­ki­wał od­po­wie­dzi na py­ta­nia oparte na hi­po­te­zach ba­daw­czych, ale też pró­bo­wał roz­wi­kłać ta­jem­nice ży­cia ba­da­nych przez niego or­ga­ni­zmów.

W książce, którą trzy­masz w ręku, Jerry snuje opo­wieść o jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych przed­sta­wi­cieli cha­ry­zma­tycz­nej me­ga­fauny i robi to w spo­sób, który za­równo od­daje ogrom jego do­robku na­uko­wego, jak też uwo­dzi ele­gan­cją opi­sów i oso­bi­stych aneg­dot, prze­no­szą­cych czy­tel­nika na lód - a wszystko to ob­ser­wu­jemy przez pry­zmat trwa­ją­cych zmian kli­matu. Jego akty praw­dzi­wego bo­ha­ter­stwa - prze­prawy przez sza­le­jące rzeki, ry­zy­kowne tra­wersy lo­dow­cowe, czę­ste spa­cery po me­ta­fo­rycz­nie i do­słow­nie cien­kim lo­dzie - były po pro­stu ru­ty­no­wymi ele­men­tami jego co­dzien­nej pracy ba­daw­czej. I choć cztery de­kady póź­niej pod­czas mo­jego po­bytu na An­tark­ty­dzie po­dobne ope­ra­cje były nie do po­my­śle­nia, nie można za­prze­czyć, że wraz z ogra­ni­cze­niem swo­body dzia­łań wy­ni­ka­ją­cym z co­raz ści­ślej­szych re­gu­la­cji stra­ci­li­śmy do­stęp do ja­kiejś czę­ści nie­gdy­siej­szej przy­gody.

Jerry jest nie tylko na­ukow­cem, przy­rod­ni­kiem i od­krywcą; jest także wy­na­lazcą. Czymś oczy­wi­stym było dla niego za­wsze stru­ga­nie, maj­ster­ko­wa­nie, two­rze­nie cze­goś z ni­czego - wszystko dla osią­gnię­cia za­mie­rzo­nego celu. Na po­czątku swej na­uko­wej drogi nie mógł po pro­stu otwo­rzyć ka­ta­logu re­je­stra­to­rów i fo­to­pu­ła­pek, żeby wy­brać sprzęt mie­rzący po­trzebne mu pa­ra­me­try. Kiedy chciał zba­dać im­po­nu­jące głę­bo­ko­ści i czasy za­nu­rze­nia wy­traw­nych zwie­rzę­cych nur­ków, jego pierw­szym kro­kiem było za­pro­jek­to­wa­nie i zbu­do­wa­nie wła­snego sys­temu re­je­stru­ją­cego. Do dziś nie wi­dzia­łam bar­dziej kre­atyw­nego wy­ko­rzy­sta­nia zwy­kłego mi­nut­nika! I cho­ciaż był ini­cja­to­rem wielu pio­nier­skich osią­gnięć me­to­do­lo­gicz­nych, Jerry sam ni­gdy by się do tego nie przy­znał, po­nie­waż jest rów­no­cze­śnie jed­nym z naj­skrom­niej­szych na­ukow­ców ta­kiego ka­li­bru.

"Są tacy, któ­rzy mogą żyć bez dzi­kich istot, i tacy, któ­rzy tego nie po­tra­fią". Jerry roz­po­czyna pierw­szy roz­dział swo­jej książki, cy­tu­jąc wy­mowne słowa Aldo Le­opolda. Po­dob­nie jak Jerry, już jako małe dziecko od­zna­cza­łam się cie­ka­wo­ścią ota­cza­ją­cego mnie świata, pra­gnę­łam do­świad­czyć i le­piej zro­zu­mieć cuda ota­cza­ją­cej mnie przy­rody. Owa na­ukowa cie­ka­wość prze­kształ­ciła się w cią­głą po­trzebę eks­plo­ro­wa­nia, która pro­wa­dziła mnie i na­pę­dzała przez całe ży­cie. Za­nu­rze­nie się pod lo­dem An­tark­tyki w celu zba­da­nia fi­zjo­lo­gii nur­ko­wa­nia pin­gwi­nów ce­sar­skich było przed­się­wzię­ciem ba­daw­czym za­in­spi­ro­wa­nym przez daw­nych od­kryw­ców i praw­dzi­wych pio­nie­rów, ta­kich jak Jerry. Kon­se­kwentne po­dą­ża­nie drogą wy­ty­czoną w pracy nad zwie­rzę­tami w eks­tre­mal­nych śro­do­wi­skach osta­tecz­nie do­pro­wa­dziło mnie do tego za­wo­do­wego osią­gnię­cia, ja­kim było ro­bie­nie na­uki do­słow­nie nie z tego świata i pa­trze­nie z góry na na­szą pla­netę-matkę. Skoro się­gasz po tę książkę, za­kła­dam, że ty także nie mo­żesz żyć bez dzi­ko­ści... My­ślę, że hi­sto­rie opo­wia­dane tu­taj przez Jerry'ego jesz­cze bar­dziej cię z nią zwiążą.

Czło­wiek, mit, le­genda - to nie tylko na­prędce wy­my­ślona ety­kieta, lecz słowa, któ­rymi fak­tycz­nie de­fi­niuję Jerry'ego. By­ła­bym jed­nak nie­dbała, gdy­bym nie do­dała do tej li­sty okre­śle­nia "men­tor". Sty­mu­lu­jące roz­mowy, rady i hi­sto­rie opo­wia­dane mi przez Jerry'ego oraz przy­gody, które prze­ży­li­śmy pod­czas wielu lat stu­diów w Scripps In­sti­tu­tion of Oce­ano­gra­phy, na­leżą do mo­ich naj­cen­niej­szych wspo­mnień. Wszystko to ode­grało klu­czową rolę w ukształ­to­wa­niu mo­ich aka­de­mic­kich am­bi­cji i mo­jej na­uko­wej ścieżki; po­dob­nie było w przy­padku nie­zli­czo­nych in­nych osób, które miały za­szczyt ze­tknąć się w swoim ży­ciu z Jer­rym. Bło­go­sła­wię Jerry'ego - i Jima Ma­stro - za ich naj­now­szy wy­si­łek próby uchwy­ce­nia peł­nego przy­gód ży­cia Jerry'ego i opo­wie­dze­nia go światu. Ci z nas, któ­rzy mieli szczę­ście pro­wa­dzić ży­cie pełne tak głę­bo­kich do­świad­czeń - czy to na tej pla­ne­cie, czy poza nią - ro­zu­mieją, że te przy­gody i spo­strze­że­nia nie na­leżą wy­łącz­nie do nas. Pro­wa­dzimy ba­da­nia w imie­niu ca­łej ludz­ko­ści, dla­tego na­szym obo­wiąz­kiem jest prze­ka­zy­wa­nie tego, co wi­dzimy, dzie­le­nie się tym wszyst­kim z całą ludz­ko­ścią, a je­śli ma się tro­chę wię­cej szczę­ścia - prze­tar­cie szlaku tak sze­ro­kiego jak ten wy­ty­czony przez Jerry'ego.

Dr Jes­sica Ulrika Meir,fi­zjo­lożka po­rów­naw­cza i astro­nautka NASA