- Jurek, bo ja się nudzę!
- Co? - Jurek podniósł nieprzytomne oczy znad
książki.
- Nudzę się! Jurek, ja chcę, żebyś się ze
mną bawił.
- Baw się sama - starszy brat wzruszył
ramionami, bardzo niezadowolony, że Kasia przeszkadza mu
czytać. Książka była niezmiernie ciekawa: o lotniku, i to jak
odważnym!
- Gdyby tatuś był w domu, toby się ze mną
bawił - powiedziała stanowczo Kasia.
- Ale tatuś jest z mamą w kinie - przypomniał
Jurek i znów wsadził nos w książkę.
- Gdyby rodzice byli...
- Odczep się! Nie widzisz, że czytam?
- Kiedy ja nie chcę, żebyś czytał. Chcę,
żebyś się ze mną bawił.
Kasia nie miała zamiaru ustąpić bratu. Jakże
Jurek może czytać, kiedy ona się nudzi? Jurek jest niedobry, jest
zupełnie paskudny...
Kasia bardzo nie lubi zostawać z nim sama w domu. Że
też rodzice nad tym się nie zastanowią, tylko idą sobie, jakby nigdy
nic, do kina. A może już wracają?
Podbiegła do otwartego okna, wyjrzała na
ulicę.
Działo się tam wiele ciekawych spraw. Jechał
wóz i turkotał po bruku. Jechał zielony samochód, zatrąbił -
wóz zjechał na bok, a samochód pomknął dalej. Ile ludzi idzie
ulicą...
A to co znowu? Piosenka?
Śpiewała ją maszerująca ulicą niewielka grupa
harcerzy. Na samym przodzie - Kasia aż dech wstrzymała na chwilę
- na przodzie szedł mały, chudy chłopiec z żółtym bębenkiem,
na którym wybijał takt pałeczkami: ra-ta-ta-tam, ra-ta-ta-tam...
Wszyscy ludzie na ulicy patrzyli tylko na niego,
zatrzymywali się nawet - tak poważnie i dumnie kroczył.
Oczy Kasi zapaliły się wielkim zachwytem. O,
gdyby tak ona mogła maszerować z bębenkiem, najważniejsza z całego
oddziału, najważniejsza na całej ulicy! Westchnęła głęboko
i powoli odeszła od okna do swoich zabawek. Popatrzyła na nie, pokiwała
głową; wszystkie, nawet śliczna Małgosia, która umiała mówić
"mama" i zamykała oczy - przestały się jej podobać. Małgosia
leżała porzucona na podłodze i gdy Kasia trąciła ją końcem bucika,
powiedziała smutno:
- Ma-ma!
"Wielkie rzeczy: mama" - skrzywiła się
Kasia. Wcale dziś nie chciała być Małgosiną mamą. To nie jest
przecież coś, czym można zadziwić całą ulicę, coś takiego jak
żółty bębenek.
I Kasia z wielkiego zmartwienia, że nie ma żółtego
bębenka, znów przypomniała sobie o Jurku.
- Jurek, słuchaj! Słuchaj, Jurek! Ja ci coś
powiem.
- Dobrze, dobrze - brat machnął ręką
zupełnie tak, jakby się opędzał od bardzo dokuczliwej muchy -
tylko nie przeszkadzaj!
Bo właśnie lotnikowi, temu z książki, zepsuł
się silnik. Jeszcze chwila i samolot runie w dół...
Ach, Boże drogi! Jurkowi serce tłukło się
w piersi, w gardle zaschło z przerażenia.
"Uratuje się czy nie? Żeby się uratował,
żeby mu się tylko nic nie stało!"
Cały świat przestał istnieć dla chłopca, a wraz
ze światem zniknęły dwa pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym
piętrze w domu przy ulicy Wesołej numer jedenaście. I Jurek ze swoim
lotnikiem leciał teraz nad nieprzebytą afrykańską dżunglą i razem
z nim przygotowywał się do skoku!
A co będzie, jeżeli spadochron się nie
otworzy? Nawet pomyśleć straszno...
- Rodzice kazali, żebyś się mną zajmował! -
wrzasnęła mu w samo ucho rozzłoszczona Kasia. - Ja wszystko powiem
mamie i tatusiowi, jaki ty jesteś, ja im powiem, żeby cię zbili!
Tego już było za dużo. Jurek z całej siły
trzasnął książką w stół.
- Zabieraj się, smarkata, bo ci takie lanie
sprawię, że popamiętasz!
- Uaaaaa! - rozwrzeszczała się Kasia.
Zasłoniła twarz rękami, żeby brat myślał,
że płacze, ale zerkała na niego przez rozstawione palce.
- No, czego beczysz? - spytał Jurek
bezradnie. - Przecież ci nic złego nie zrobiłem.
- A właśnie, że zrobiłeś. Wszystko powiem,
wszystko powiem.
- Skarżypyta! - Jurek szarpnął się
niecierpliwie, a że w odpowiedzi Kasia pokazała mu język, brat
z kolei trzepnął ją lekko w rękę.
Teraz rozpłakała się już na dobre, z chlipaniem,
ze łzami - nie dlatego, żeby ją ręka zabolała, tylko z ogromnej
złości.
- Nie cierpię ciebie! - zatupała nogami.
I nagle... zamek w drzwiach zgrzytnął: wrócili
rodzice. Jurek nie wyszedł do przedpokoju, Kasia natomiast wypadła
z wielkim hałasem. Na całe mieszkanie rozległ się jej płaczliwy
głos:
- Jurek mnie bił i krzyczał na mnie!
Ojciec zaczął zaraz uspokajać:
- Popatrz, cośmy ci przynieśli, córeczko. Patrz,
przecież lubisz czekoladę.
Głos ojca był miękki, czuły.
Mama tymczasem weszła do pokoju, stanęła przy
Jurku.
- Jak mogłeś, synku...
Chłopiec zerwał się z krzesła, podniósł obie
ręce do góry, chcąc coś zawołać.
Mama ociężałym ruchem osunęła się na krzesło;
była bardzo blada, pod oczami miała ciemne cienie i taka była
zmartwiona...
Jurek wolno opuścił ręce w dół.
Ciąg dalszy w wersji pełnej