Granice wytrzymałości. W poszukiwaniu barier ludzkiego organizmu - Marcus Ranney

Kup ebooka

49.90 zł
35.93 zł (34,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

"Ży­cie jest przy­godą dla od­waż­nych - albo ni­czym"[2]. Te słowa mnie fa­scy­nują, wy­wo­łują po­ru­sze­nie w du­szy i spra­wiają, że chcę prze­żyć wszystko, co jest na tym świe­cie do prze­ży­cia. Nie­stety jed­nak, jak to bywa na­wet z naj­szla­chet­niej­szymi za­mia­rami, ogra­ni­cze­nia miej­skiej rze­czy­wi­sto­ści i co­dzienna ru­tyna unie­moż­li­wiają mi re­ali­za­cję tego pra­gnie­nia - a wielu z was z pew­no­ścią wie, o czym mó­wię. Na szczę­ście mię­dzy nami znajdą się lu­dzie zwani po­szu­ki­wa­czami przy­gód czy awan­tur­ni­kami, któ­rzy na co dzień żyją praw­dziwą peł­nią ży­cia, ob­cu­jąc z cu­dami na­szej pla­nety (i nie tylko). Swo­imi opo­wie­ściami in­spi­rują nas, zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, aby­śmy co­dzien­nie, po troszku, mo­bi­li­zo­wali się co­raz bar­dziej, by na swój skromny spo­sób do­świad­czać tego, co to zna­czy żyć na­prawdę.

Jak na iro­nię, ja sam do świata przy­gody tra­fi­łem nie przez wy­cieczkę na łono na­tury, ale - uwierz­cie lub nie - przez pod­ręcz­nik do che­mii. Na trze­cim roku stu­diów Szkoły Me­dycz­nej Uni­ver­sity Col­lege Lon­don wzią­łem rok urlopu dzie­kań­skiego, by ukoń­czyć li­cen­cjat z fi­zjo­lo­gii. Gdy na po­czątku roku prze­glą­da­łem plan za­jęć, oczy za­świe­ciły mi się na wi­dok kursu Ko­smos i fi­zjo­lo­gia eks­tre­malna. Oka­zało się, że pro­wa­dzi go je­den z naj­bar­dziej dy­na­micz­nych i en­tu­zja­stycz­nych wy­kła­dow­ców w tej dzie­dzi­nie. Na­tych­miast się za­pi­sa­łem i na szczę­ście do­sta­łem miej­sce. Gdy tak sie­dzia­łem w sa­lach wy­kła­do­wych, słu­cha­jąc le­gend fi­zjo­lo­gii, prze­ka­zu­ją­cych wie­dzę w tej dzie­dzi­nie zdo­bytą pod­czas ba­dań w od­le­głych za­kąt­kach świata, roz­ża­rzyła się we mnie iskra. Z bie­giem lat iskra ta roz­pa­liła moją pa­sję do na­uki o ludz­kiej fi­zjo­lo­gii i pro­ce­sach, które po­zwa­lają na­szej zdu­mie­wa­ją­cej ma­szy­nie ra­dzić so­bie ze wszyst­kim, co ją spo­tka. Czas mi­jał, a mnie udało się zna­leźć w ta­kim po­ło­że­niu, że na wła­sne oczy mo­głem za­ob­ser­wo­wać zmiany, o któ­rych wcze­śniej tylko czy­ta­łem w książ­kach i które opi­suję rów­nież tu­taj.

Jako czło­nek Eska­dry Uni­wer­sy­tetu Lon­dyń­skiego słu­ży­łem w Kró­lew­skich Si­łach Po­wietrz­nych i mo­głem po­czuć dreszcz la­ta­nia. Mimo że wie­lo­krot­nie mia­łem przez to oka­zję za­po­znać się z tre­ścią swo­jego żo­łądka, speł­ni­łem dzie­cięce ma­rze­nie, pierw­szy raz pi­lo­tu­jąc sa­mo­lot. Pod­czas szko­leń zi­mo­wych zwie­dzi­łem różne miej­sco­wo­ści w Al­pach i wpra­wi­łem się w jeź­dzie na nar­tach. Naj­więk­szym za­szczy­tem była praca z pi­lo­tami od­rzu­tow­ców, a zwłasz­cza ba­da­nie skut­ków eks­tre­mal­nych prze­cią­żeń dla ich fi­zjo­lo­gii.

Kilka lat póź­niej zna­la­złem się na czele stu­oso­bo­wego ze­społu idą­cego na Mo­unt Eve­rest. Mie­sięczne wa­ka­cje z czwor­giem przy­ja­ciół z uczelni me­dycz­nej roz­ro­sły się w jedną z naj­więk­szych eks­pe­dy­cji me­dycz­nych na tę górę. Pra­wie dwa lata pla­no­wa­nia, nie­mal trzy tony sprzętu oraz 60 stu­den­tów i stu­den­tek me­dy­cyny ze wspar­ciem do­dat­ko­wego per­so­nelu spra­wiło, że sier­pień 2007 roku zmie­nił moje ży­cie. Za­ko­cha­łem się w tle­nie, a zwłasz­cza w funk­cji mi­to­chon­driów. Z tego po­wodu przed­ostatni roz­dział tej książki po­świę­cam tej zdu­mie­wa­ją­cej struk­tu­rze ko­mór­ko­wej, bez któ­rej ży­cie (ta­kie, ja­kie znamy) praw­do­po­dob­nie nie by­łoby moż­liwe.

W ko­lej­nym roku, ostat­nim na uczelni, po krót­kiej przy­go­dzie z po­wietrz­nym po­go­to­wiem ra­tun­ko­wym w Lon­dy­nie, przed­sta­wiono mnie oso­bie świad­czą­cej usługi po­moc­ni­cze dla sys­temu trans­por­to­wego Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Ko­smicz­nej. Po dłuż­szej wy­mia­nie e-ma­ili i te­le­fo­nów mo­głem roz­go­ścić się w Co­coa Be­ach na Flo­ry­dzie. Do­sta­łem się na mie­sięczny staż w ze­spole me­dycz­nym Cen­trum Ko­smicz­nego im. Johna F. Ken­nedy'ego przy NASA. Na­prawdę mu­sia­łem się uszczyp­nąć!

Wszyst­kie wy­kłady i książki, z któ­rymi za­po­zna­łem się na stu­diach z fi­zjo­lo­gii, stały się rze­czy­wi­sto­ścią. Mia­łem wra­że­nie, jak­bym sam le­ciał w ko­smos! Przy­dzie­lono mnie do ze­społu me­dycz­nego zwią­za­nego z mi­sją STS-122 - lo­tem wa­ha­dłowca ko­smicz­nego Atlan­tis na Mię­dzy­na­ro­dową Sta­cję Ko­smiczną. Na po­kła­dzie miano za­mon­to­wać mo­duł na­ukowo-ba­daw­czy Co­lum­bus, skon­stru­owany przez Eu­ro­pej­ską Agen­cję Ko­smiczną. Mój przy­dział był tak bli­sko sa­mej istoty mi­sji, że men­to­rzy dali mi do­stęp do miejsc nie­wy­obra­żal­nych. Te cztery ty­go­dnie zwień­czyła moja oso­bi­sta obec­ność przy star­cie promu, znaj­du­ją­cego się w od­le­gło­ści kilku ki­lo­me­trów. Gdy wa­ha­dło­wiec z ry­kiem wzbi­jał się w błę­kit nade mną, czu­łem w ciele jego roz­dzie­ra­jącą moc. Kilka ty­go­dni póź­niej, wcze­snym ran­kiem, le­d­wie o świ­cie, sta­ną­łem nie­da­leko lą­do­wi­ska w Cen­trum Ko­smicz­nym, by po­pa­trzeć, jak Atlan­tis wraca na Zie­mię. Po kilku ko­lej­nych ostrych za­krę­tach w kształ­cie li­tery S i po­dwój­nym gro­mie, ozna­cza­ją­cym, że ka­dłub prze­kro­czył ba­rierę dźwięku, spa­do­chrony ha­mu­jące za­trzy­mały "la­ta­jącą ce­głę" kil­ka­set me­trów ode mnie.

Mi­nęły lata, ukoń­czy­łem szkołę le­kar­ską i za­czą­łem prak­ty­ko­wać me­dy­cynę w Lon­dy­nie. By­łem wła­śnie na noc­nym dy­żu­rze jako re­zy­dent w szpi­talu na pół­nocy mia­sta. Do­sta­łem tak dziw­nego e-ma­ila, że aż pra­wie go ska­so­wa­łem. Za­pra­szano mnie do po­pro­wa­dze­nia dru­żyny z Wiel­kiej Bry­ta­nii na spe­cjal­nych zi­mo­wych igrzy­skach, zor­ga­ni­zo­wa­nych na naj­bar­dziej wy­su­nię­tym na pół­noc ob­sza­rze Sy­be­rii, głę­boko za ko­łem po­lar­nym. Trzy mie­siące póź­niej, po ze­bra­niu przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków (oraz sprzętu), wy­lą­do­wa­li­śmy na mo­skiew­skim lot­ni­sku. Na­stęp­nie po­cią­giem prze­je­cha­li­śmy do Ja­mal­sko-Nie­niec­kiego Okręgu Au­to­no­micz­nego. Przez ty­dzień, w tem­pe­ra­tu­rach po­ni­żej zera, ry­wa­li­zo­wa­li­śmy z dru­ży­nami z Ame­ryki Pół­noc­nej i Eu­ropy w sce­ne­rii tak od­osob­nio­nej i pięk­nej, jak tylko mo­głem so­bie wy­ma­rzyć. Sko­rzy­sta­li­śmy z oka­zji i pod­czas tej eks­pe­dy­cji mie­rzy­li­śmy od­dzia­ły­wa­nie lo­do­wa­tych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych i eks­tre­mal­nego stresu fi­zycz­nego na na­sze ciała.

Wsią­kłem. Fi­zjo­lo­gia stała się moim ko­ni­kiem. Jed­nak ży­cie więk­szo­ści z nas ob­fi­tuje w me­an­dry i za­kręty, naj­czę­ściej poza na­szą kon­trolą. U mnie było po­dob­nie. Nie wcho­dząc w szcze­góły, kilka lat póź­niej po­sta­no­wi­łem wy­pro­wa­dzić się za dziew­czyną do Mum­baju. Sferę kli­niczną zo­sta­wi­łem za sobą i sku­pi­łem się za­wo­dowo na za­rzą­dza­niu sys­te­mami opieki zdro­wot­nej. Prze­ska­ku­jąc o po­nad dzie­sięć lat, do dziś, mogę po­wie­dzieć, że hi­sto­ria ta ma fan­ta­styczne za­koń­cze­nie. Dziew­czyna, za którą go­ni­łem, zo­stała moją żoną. Po­ślu­bie­nie jej było chyba naj­mą­drzej­szą de­cy­zją, jaką kie­dy­kol­wiek pod­ją­łem!

Dziś znaj­duję się na nie­ty­po­wym skrzy­żo­wa­niu zdro­wia i tech­no­lo­gii. Ni­szę tę wy­ku­łem so­bie w ostat­niej de­ka­dzie ak­tyw­no­ści za­wo­do­wej. Moja pa­sja po­pro­wa­dziła mnie ze świata opieki nad cho­rymi do zdro­wia pu­blicz­nego, a w po­dróży tej do­po­mo­głem so­bie po­tęgą tech­niki cy­fro­wej. Po­nadto ostat­nie pięć lat spę­dzi­łem w dro­dze do wła­snego do­bro­stanu. Uza­leż­niw­szy się od bie­gów dłu­go­dy­stan­so­wych, w stycz­niu 2020 roku ukoń­czy­łem pierw­szy ma­ra­ton - wy­czyn, o któ­rym ma­rzy­łem od pra­wie pięt­na­stu lat. Po­py­cha­jąc swą spraw­ność fi­zyczną do sa­mych gra­nic, tre­no­wa­łem do tria­tlo­nów, zdo­by­łem re­kord Gu­in­nessa (za gru­powy bieg ty­łem) i za­ko­cha­łem się po uszy w tej dys­cy­pli­nie. Dzięki temu - jak prze­czy­ta­cie w ostat­nim roz­dziale ni­niej­szej książki - do­ce­ni­łem siłę, która na­prawdę na­pę­dza na­sze moż­li­wo­ści fi­zyczne.

Te­raz, gdy zbli­żam się do czter­dziestki i mam dwoje wła­snych dzieci, czę­sto wspo­mi­nam wy­jąt­kowe oka­zje i przy­gody, które przy­nio­sło mi ży­cie. Łą­cze­nie spor­to­wych kro­pek jest prze­ży­ciem fa­scy­nu­ją­cym - i wła­śnie w chwili ta­kich głę­bo­kich prze­my­śleń po­ja­wiła się iskra, by na­pi­sać tę książkę. Każdy dzień upływa mi na ob­se­sji wy­czy­nów ludz­kiego ciała, zdo­by­wa­nia szczy­to­wej formy, opty­ma­li­za­cji pro­wa­dzą­cej do wiel­ko­ści - ale jak na­prawdę za­częła się ta po­dróż? Oto jej hi­sto­ria.

Co­fam ze­gar: do epoki na długo przed wła­snym ist­nie­niem, ist­nie­niem mo­ich przod­ków, na­wet rzędu na­czel­nych, na­wet gro­mady ssa­ków. Wra­cam do pier­wot­nej zupy, w któ­rej za­częło się ży­cie. Ludz­kie ciało przez ty­siące po­ko­leń ewo­lu­owało tak, by wy­bit­nie ra­dzić so­bie w wa­run­kach, na które stale jest wy­sta­wiane. Każdy uzna­wany przez nas za pew­nik aspekt śro­do­wi­ska - na przy­kład tem­pe­ra­tura oto­cze­nia, świa­tło słońca, siła przy­cią­ga­nia ziem­skiego, skład po­wie­trza czy ci­śnie­nie at­mos­fe­ryczne - stale od­dzia­ły­wał na ewo­lu­ujące ludz­kie ciało przez mi­liony lat. W miarę upływu ty­siąc­leci i po­ko­leń na­sze ciała - które wpierw do­sto­so­wały się, a na­stęp­nie przy­zwy­cza­iły do tych czyn­ni­ków śro­do­wi­sko­wych - uza­leż­niły od nich swoje prze­trwa­nie.

Za­kła­dam, że więk­szość z was czyta tę książkę w na­sy­co­nym tle­nem, kom­for­to­wym śro­do­wi­sku, w umiar­ko­wa­nej tem­pe­ra­tu­rze. Je­ste­ście na­wod­nieni, po­ży­wieni ka­lo­rycz­nym po­sił­kiem i chro­nieni przed ży­wio­łami so­lidną kon­struk­cją z be­tonu, szkła i me­talu. Czy się mylę? Gdy czy­ta­cie te słowa, wa­sze ciała bez wa­szej wie­dzy pro­wa­dzą ty­siące skom­pli­ko­wa­nych pro­ce­sów bio­che­micz­nych, aby bi­lio­nom ko­mó­rek, z któ­rych się skła­da­cie, za­pew­nić sub­stan­cje od­żyw­cze, ta­kie jak glu­koza i tlen, do pro­duk­cji nie­zbęd­nej im ener­gii oraz usu­nąć gro­ma­dzące się w nich szko­dliwe od­pady ta­kie jak tok­syny, dwu­tle­nek wę­gla czy roz­ma­ite me­ta­bo­lity.

Dla mnie praw­dzi­wie cu­downe jest to, że na­sze ciała - wie­lo­za­da­niowe, ener­gio­twór­cze, od­pa­do­dajne, or­ga­niczne ma­szyny - za­zwy­czaj wy­ko­nują te zło­żone czyn­no­ści, kiedy sie­dzimy w za­ci­szu na­szego domu czy biura, i nie prze­sta­łyby na­wet wtedy, gdyby prze­nieść je do tem­pe­ra­tury -40 stopni Cel­sju­sza na bie­gun po­łu­dniowy, na ubogą w tlen wy­so­kość nie­mal 9000 me­trów Eve­re­stu czy w miaż­dżące ko­ści, zimne głę­biny Oce­anu Spo­koj­nego. Ludz­kie ciało se­rią szyb­kich zmian fi­zjo­lo­gicz­nych i bio­che­micz­nych po­trafi przy­sto­so­wać się i prze­mie­nić tak, by po­ko­ny­wać trudy śro­do­wi­ska, w któ­rym się znaj­dzie.

Ja­kie sko­ja­rze­nia przy­cho­dzą nam do głowy, gdy my­ślimy o licz­nych, wiel­kich wy­pra­wach w toku dzie­jów, o któ­rych bę­dziemy rów­nież wspól­nie czy­tać w tej książce? Nie­któ­rzy po­my­ślą o po­stę­pie tech­no­lo­gicz­nym w dzie­dzi­nie sprzętu czy po­jaz­dów po­trzeb­nych awan­tur­ni­kom do osią­gnię­cia celu. Inni wspo­mną ze­spół - dru­żynę śmiał­ków i od­dany per­so­nel po­moc­ni­czy - bądź ogromne za­pasy pa­liwa i pro­wiantu. Warto pa­mię­tać też o ba­joń­skich su­mach pie­nię­dzy ko­niecz­nych do sfi­nan­so­wa­nia eks­pe­dy­cji. Za­sta­na­wiam się, ilu z nas po­my­śli o cia­łach po­dróż­ni­ków. Kto zda so­bie sprawę z ich nie­zwy­kłych cech fi­zycz­nych, które po­zwa­lają ukoń­czyć za­da­nia wy­ma­ga­jące nad­ludz­kiej wy­trzy­ma­ło­ści? A co z we­wnętrzną prze­mianą wła­snej fi­zjo­lo­gii, która te nie­wia­ry­godne przed­się­wzię­cia umoż­li­wiła?

Gdy wspo­mi­nam moją drogę za­wo­dową, wi­dzę, że to wła­śnie ta drze­miąca w ludz­kim ciele su­rowa, acz ele­gancka moc przy­sto­so­wa­nia się i kwit­nie­nia za­wład­nęła moją wy­obraź­nią na stu­diach i wciąż mnie mo­ty­wuje. Tak w kilka lat za­pro­wa­dziła mnie od pod­ręcz­ni­ków do che­mii do sa­mo­dziel­nego od­kry­wa­nia eks­tre­mal­nych śro­do­wisk i ana­li­zo­wa­nia w cza­sie rze­czy­wi­stym zmian fi­zjo­lo­gicz­nych za­cho­dzą­cych wów­czas w ciele. W ko­lej­nych roz­dzia­łach tej książki zgłę­biam naj­bar­dziej eks­tre­malne ze zna­nych czło­wie­kowi miejsc. Mam na­dzieję, że opo­wia­dane w tle moje wła­sne hi­sto­rie oraz pe­ry­pe­tie po­szu­ki­wa­czy przy­gód za­chęcą was do do­wie­dze­nia się cze­goś wię­cej na te­mat ludz­kiego ciała. Li­czę, że uda mi się wzbu­dzić cie­ka­wość w każ­dym z was, tak jak we mnie zo­stała wzbu­dzona. Może na­stęp­nym ra­zem, kiedy bę­dzie­cie biec ma­ra­ton w Lon­dy­nie, nur­ko­wać z bu­tlą w Oce­anie In­dyj­skim, szu­so­wać po sto­kach fran­cu­skich Alp, a może na­wet (miejmy na­dzieję, że wkrótce) sie­dzieć na po­kła­dzie pry­wat­nego statku ko­smicz­nego, wcho­dzą­cego na ziem­ską or­bitę, bę­dzie­cie po­tra­fili le­piej zro­zu­mieć zmiany za­cho­dzące w was na po­zio­mie ko­mór­ko­wym, gdy ży­je­cie peł­nią ży­cia!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

sir Chris Bo­ning­ton

bry­tyj­ski po­dróż­nik,

ka­wa­ler Kró­lew­skiego Or­deru

Wik­to­riań­skiego oraz Or­deru Im­pe­rium Bry­tyj­skiego, de­puty lieu­te­nant[1]

Przed­mowa

Moje ży­cie ob­fi­tuje w przy­gody. Duże wy­so­ko­ści, na któ­rych spę­dzi­łem tyle lat, sta­no­wią za­pewne jedno z naj­bar­dziej bez­li­to­snych i tech­nicz­nie wy­ma­ga­ją­cych śro­do­wisk na tej pla­ne­cie. Al­pi­ni­zmu po­sma­ko­wa­łem pierw­szy raz zimą 1951 roku, kiedy au­to­sto­pem po­je­cha­łem do Snow­do­nii. Tam z każ­dej strony oto­czyła mnie przy­goda. Pod­nie­ciły mnie ry­zyko i piękno gór. Od tego mo­mentu nie mo­głem bez nich żyć. W sa­mych Hi­ma­la­jach wzią­łem udział w dzie­więt­na­stu wy­pra­wach, w tym czte­rech na Eve­rest. Przez krótki czas na­le­żał do mnie re­kord naj­star­szego zdo­bywcy szczytu: mia­łem 50 lat. Wspi­naczka to nie­bez­pieczna gra - zwłasz­cza wspi­naczka w eks­tre­mal­nych wa­run­kach.

Po­łu­dniowa ściana Eve­re­stu to szlak mi­tyczny. Nie cho­dzi tylko o re­pu­ta­cję i hi­sto­rię. Sta­nowi ona nie­zwy­kły test al­pi­ni­stycz­nej spraw­no­ści, wy­ma­ga­jący wszyst­kich ro­dza­jów wspi­naczki. To wiel­kie, skom­pli­ko­wane zbo­cze, z mnó­stwem wy­zwań. Dru­giego ta­kiego nie ma w żad­nych gó­rach na świe­cie. Je­śli na to na­ło­żyć jego hi­sto­rię i tra­ge­die, do któ­rych tam do­szło, po­wstaje po­tężna aura, jedna z naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wych na na­szej pla­ne­cie.

Za każ­dym ra­zem, kiedy po niej się pią­łem - a na szczyt do­sze­dłem w końcu w 1985 roku - mia­łem za sobą nie­prze­spaną noc. Nie mo­głem prze­stać my­śleć o wszyst­kich tych, któ­rzy na gó­rze stra­cili ży­cie. Jed­nak gdy tylko zna­la­złem się na zbo­czu, wszyst­kie my­śli znik­nęły. Po­chło­nęła mnie wspi­naczka.

Nic nie daje ta­kiego rau­szu jak al­pi­nizm. Za­czyna się od fi­zycz­nego pro­cesu wy­ko­rzy­sta­nia ciała i fi­zjo­lo­gii do wspię­cia po od­cinku skały. Już samo to przy­nosi ogromną sa­tys­fak­cję. Do tego do­cho­dzi ele­ment ry­zyka, nie­od­łączny dla wspi­naczki. Strach jest emo­cją ab­so­lut­nie nie­zbędną każ­demu wspi­na­czowi do prze­ży­cia, bo mówi on o re­al­nych nie­bez­pie­czeń­stwach czy­ha­ją­cych wo­kół i po­zwala się skon­cen­tro­wać. W sku­pie­niu ko­niecz­nie na­leży oce­nić, na ile robi się groź­nie; czy i jak kon­ty­nu­ować; żeby prze­trwać, nie wolno tra­cić kon­cen­tra­cji. Tej eu­fo­rii nie da się opi­sać.

W wieku 85 lat zro­zu­mia­łem, że w miarę sta­rze­nia warto pa­mię­tać, aby się nie pod­da­wać. Spra­wiaj, żeby twoje ży­cie było tak róż­no­rodne i eks­cy­tu­jące, jak to tylko moż­liwe. Osią­gnię­cie suk­cesu wy­maga ogrom­nych na­kła­dów cięż­kiej pracy, za­zwy­czaj mo­no­ton­nej i nud­nej. Pra­cuj ciężko i żyj tak, aby wy­peł­niać swój po­ten­cjał. Mam na­dzieję, że czy­ta­jący tę książkę przy­szli na­ukowcy, le­karki, wspi­na­cze i po­dróż­niczki znajdą in­spi­ra­cję do dal­szego prze­su­wa­nia gra­nic na­uki, wzno­sze­nia się na nowe wy­żyny od­kryć i zdo­by­wa­nia ko­lej­nych szczy­tów osią­gnięć. Two­rze­nia no­wego świata dla obec­nych i przy­szłych po­ko­leń. Za­ko­cha­nia się w przy­ro­dzie, otwar­tych prze­strze­niach i tym pięk­nym da­rze, ja­kim jest ludz­kie ciało.